„Kobieta wierzy, że 2 + 2 zmieni się w 5, jeśli będzie długo płakać i zrobi awanturę”. Tak samo jest w sytuacji, gdy bliższa relacja między mężczyzną, a kobietą przestaje być nawet przelotną znajomością. Rozstanie…dla kobiety to cios poniżej pasa, bo przecież to właśnie kobieta jest stworzona do miłości i cierpienia, gdy ową miłość utraci. Wszystko w porządku, ale pojawia się pytanie – czy to prawdziwa „tragedia”, czy zwykła kobieca gra? Szczerze mówiąc, mam wątpliwości co do morza przelanych łez i doszczętnie złamanego serca niektórych kobiet.
Klasyczna sytuacja – udany związek, dwójka kochających się ludzi i nagle wielkie bum! W mężczyźnie się cos wypala i mówi „do widzenia”, zamykając za sobą wszystkie drzwi. Zaczyna się kobieca histeria i załamywanie rąk, bo świat się zawalił, a niebo spada nam na głowę. Co wtedy?
Nie, nie znam żadnego „złotego środka” i recepty na ból po stracie ukochanego. Wątpię, żeby takowa w ogóle istniała. W przeciwnym razie rodzaj żeński wyginąłby niczym sławetne dinozaury, bo kim byłaby kobieta, bez możliwości umartwiania się i zatracania w głębinach rozpaczy? Nie w tym rzecz. Chodzi mi raczej o to, że połowa, a może nawet i ¾ kobiet w takiej sytuacji najpierw wypłakuje się w rękaw przyjaciółce, mówiąc o tym, jak bardzo drania nienawidzi, by później wrócić do mężczyzny z błagalnym spojrzeniem i drżącym głosem, próbując nakłonić go do powrotu. Do tego natłok smsów z wyznaniami miłości i rozpaczliwe telefony co trzy minuty, których on i tak nie odbiera.
I znowu pojawia się histeria i płacz, pomieszany z nienawiścią nie do opisania. Błędne koło. Do tego dochodzi tona chusteczek, płaczliwy film, dla utrzymania nastroju i to, co kobiety lubią najbardziej, „zapychanie się” pustymi kaloriami z czystym sumieniem, bo przecież w tak „tragicznym” momencie naszego życia nie możemy sobie niczego odmawiać. Po tak ciężkich przeżyciach oczywiście trzeba zadbać o stan ciała i ducha. Musimy więc być dla siebie wyjątkowo dobre, a co za tym idzie odreagowanie pod postacią zakupów z przyjaciółkami jest wręcz koniecznością, później fryzjer, kosmetyczka i nasze złamane serce jest prawie jak nowe! Oczywiście do czasu.
Jak wiadomo – kobieta zmienną jest, więc nie ma co się dziwić, że w momencie, gdy mogłoby się wydawać, że wszystko jest już w porządku, pojawia się nawrót histerii, płacz i utrata sensu życia.
Jednak mam nieodparte wrażenie, że rozpacz po rozstaniu niekiedy jest szyta grubymi nićmi. Taka jest po prostu nasza natura – użalanie się mamy we krwi, czasami zwyczajnie musimy zrobić z siebie „męczennicę” i ofiarę, by poczuć się lepiej. Bo przecież w momencie przygnębienia i kobiecej depresji wszyscy postawieni są na nogi, by prawić komplementy i powtarzać w kółko, że jesteśmy najcudowniejsze, a nasz były nie wie, co traci. Krótko mówiąc tego typu kokieteria jest niemal kobiecym obowiązkiem.
W końcu, prędzej czy później, rozpacz przechodzi do historii. Numer telefonu ukochanego ląduje w koszu, a wszystkie romantyczne chwile i jakże piękne wspomnienia pokrywa kurz. Oczywiście, kobieta wbrew pozorom wcale głupia nie jest i potrafi odpowiednio zagospodarować pustkę w swym sercu. Na miejscu „starej” miłości pojawia się nowy absztyfikant, który skutecznie leczy rany. Bo jak napisał Władysław Grzeszczyk w „Paradzie paradoksów”: „Kobieta zawsze woli jednego, stałego mężczyznę. Oczywiście nie musi to być stale ten sam facet”.
Agnieszka Waliłko