Kontemplacje
Stałem jak kołek, w jednym miejscu. Jedynym urozmaiceniem było dla mnie przenoszenie ciężaru ciała z nogi na nogę. W takim bezruchu jest to ulga i jedna z niewielu przyjemności. Lewa noga, prawa noga. Mmmmm… Jak dobrze.
Rozglądając się wokół widziałem: z lewej ścianę, ładną, z wysokim drewnianym cokołem. Z prawej tłum ludzi. Ale w tamtym momencie ich człowieczeństwo było wątpliwe. Stali lub siedzieli, patrząc się na mury, noszące wymalowaną historię męki. Zupełnie jak ja. Tylko, że oni wyglądali jakby nie myśleli. Jakby ich świat kończył się metr przed ich stopami, a ich myśli zablokowane były przez monotonny głos męski, dolatujący gdzieś z oddali.
Mój mózg odruchowo szukał pożywki, jakichś emocji, jakiejś nadziei. Uszy wyłączyłem, a raczej nie zwracałem uwagi na głos, który do nich dolatywał. Oczyma wodziłem po otaczającym mnie tłumie zombie. Ci nieludzie dzielą się na dwa rodzaje. Są zombie siedzące i rodzaj stojący. Jest jeszcze podgrupa opierających się o ścianę, ale ci są bardziej ludzcy. Ktoś, kto w takim miejscu jeszcze nie był, mógłby się przestraszyć, że monolog koślawego retoryka, właściciela głosu, może przejąć nad nim władzę i zamienić go w bezmózgiego słuchacza. Ja się nie bałem. Pochłonęły mnie moje majaki. Sny na jawie. W głowie grała mi wewnętrzna muzyka. Stopa, werbel, stopa, jeszcze jakiś wokal i już jestem gdzie indziej. Latam sobie w chmurach, lecąc dzięki wewnętrznej sile, która bierze się z nikąd. Pęd zapiera dech. Wyobrażam sobie siebie jako różne osoby, będące w różnych sytuacjach. Marzę o rzeczach nieosiągalnych. Jest cudnie. Głosu nie słychać. Słyszę muzykę, której nie można zdefiniować. Nie jest to jednak kakofonia, tylko genialne połączenie niezłączalnych dźwięków. Piękne. Błądzę po bezkresnych polanach mojej wyobraźni, na których rośnie kępami zielona trawa myśli. Są też drzewa wspomnień, pod którymi leżą stosy owoców emocji. Cudownie.
Aaa! Znowu ten monotonny, bezpłciowy, natrętnie wiercący dziurę w głowie głos. Muzyka ucichła. Oczy moje znowu zaczęły widzieć zgraję żywych trupów. Jednak teraz ktoś z tej zgrai się wyróżniał. Dziewczyna stojąca parę metrów przede mną również niecierpliwie przechylała się z nogi na nogę. Tylko jak ona to robiła! Mięśnie ulokowane nieopodal jej miednicy, opięte obcisłymi, białymi spodniami przy każdym ruchu napinały się zniewalająco. Jak ja mogłem jej wcześniej nie zauważyć? Ku mojemu zaskoczeniu jeden ze stojących obok mnie około pięćdziesięcioletni zombie wybudził się z letargu i wlepiał gały w tą samą dziewczynę, co ja. Mimowolnie się uśmiechnąłem. Musiałem jednak bardzo szybko stłumić uśmiech, bo ten gustujący w dużo młodszych od siebie dziewczynach, niegdysiejszy zombiak wlepiał teraz swe przekrwione oczy we mnie. Chyba zrozumiał, że się z niego śmieję.
Niedługo przyszło mi się już męczyć. Odstałem swoje, a potem wyszedłem na zewnątrz. Świeże powietrze owiało mi twarz. Stanąłem nieopodal wyjścia, żeby przyjrzeć się wychodzącym. Już nie było zombie. Byli zwyczajni ludzie. Dziewczyna wyszła, wsiadła do auta i odjechała. Człowiek, z którego się śmiałem stał nieopodal mnie i jarał papierosa. Wyglądał żałośnie.
Zobaczyłem kolegę. Podszedłem do niego i niekłamaną radością w głosie powiedziałem.
- Dobrze cię widzieć! Nie uwierzysz mi gdzie byłem. Byłem w domu Boga.