… przynajmniej dla tych, którzy bez Facebooka, Google’a czy Wikipedii, bądź Amazona nie potrafią się obejść. Dlaczego? Miedzy innymi właśnie ci giganci internetowi zapowiedzieli możliwość wyłączenia swoich usług na całym świecie w związku z wprowadzeniem SOPA (Stop Online Piracy Act).

Czym jest SOPA? Jak czytamy na Wikipedii:
Stop Online Piracy Act (SOPA), H.R. 3261 – kontrowersyjny projekt ustawy w Stanach Zjednoczonych. Ustawa pozwalałaby Departamentowi Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych i właścicielom praw autorskich na wnoszenie o nakaz sądowy przeciwko stronom internetowym oskarżonym o łamanie lub pozwalanie na łamanie praw autorskich.
Według zwolenników ustawa pozwoli na ochronę praw autorskich i powiązanego przemysłu, miejsc pracy i dochodów i jest konieczna, żeby egzekwować prawo autorskie, zwłaszcza przeciwko zagranicznym stronom internetowym. Według przeciwników narusza pierwszą poprawkę do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, jest cenzurą Internetu, uszkodzi Internet oraz zagrozi donosicielom i ogólnie wolności słowa.
Wygląda pożytecznie, prawda? Ale zagłębiając się w sam projekt ustawy, a konkretnie w jego zjadliwe tłumaczenie na język polski stwierdzić można, że nie jest już tak różowo:
Akt zakłada możliwość zablokowania strony internetowej oraz odcięcia jej od źródeł dochodu w przypadku zgłoszenia naruszenia jakiejkolwiek własności intelektualnej bez wcześniejszego orzeczenia sądowego. Wystarczającym ma być samo zgłoszenie że dana strona może naruszać własność intelektualną. Dodatkowo obywatele Stanów Zjednoczonych mogą być odcięci od dostępu do stron zagranicznych co do których zgłoszono naruszenie. Przewidywana jest także możliwość zablokowania finansowania takiej strony przez użytkowników będących obywatelami Stanów Zjednoczonych
Wprowadzenie takiej ustawy, mimo iż tylko dla Stanów Zjednoczonych, byłoby brzemienne w skutkach w każdym kraju na świecie. Choćby ze względu na to, że znaczna część materiałów z których wszyscy korzystamy jest umieszczana na serwerach tam się znajdujących i przez ludzi tam mieszkających. Mało? Czytaj dalej.
Jak czytamy na FoxNews.com – ustawa dosięgnie tylko tych, którzy korzystają z Internetu w ciemnych interesach. Nie jest to jednak tak ładne jak wygląda, bo omawiana ustawa pozostawia furtkę „domniemania”, która dosięgnąć może każdego, a samego domniemania tłumaczyć nie trzeba.
Opozycja rośnie każdego dnia, od gigantów internetowych, po osoby indywidualne. Co to zmieni? Większość z nas zna Google tylko i wyłącznie z wyszukiwarki i Gmaila, ale to znacznie więcej usług, jak choćby AdWords, które jest źródłem utrzymania wielu marek (często jedynym), czy Documents, na którym opiera się wiele firm, w tym polskich. To także YouTube. Jeśli Google zamierza wyłączyć wszystkie swoje usługi na jakiś czas (pewnie niedługi) to straty i tak sięgną miliardów, nie tylko w segmencie handlowym, ale i prywatnym. Wiele firm korzysta z Facebooka i opiera na nim swoje usługi, co też może przynieść nieciekawe efekty.
Kiedy możemy się spodziewać tak radykalnych działań? Końcem miesiąca, a najprawdopodobniej 23 stycznia, w przeddzień wznowienia rozmów o ustawie w Kongresie.
Co prawda tak drastyczny krok, to wg. wszystkich przeciwników ruch ostateczny – przygotować się trzeba. Wiedzę o samej ustawie powinien posiąść każdy internauta. Pomimo że scenariusz, który został przedstawiony powyżej to skrajnie pesymistyczna wizja, to bardzo prawdopodobne, że zostanie wcielona w życie.















Dodaj nową odpowiedź